czwartek, 16 lipca 2015

See No Evil, Hear No Evil, Speak No Evil

Uwielbiam Naturę. Może dlatego złoszczę się, oglądając reklamy wyrafinowanych sztuczności, które mają poprawić samopoczucie.

Nie rozumiem tych osób, które jadą na wakacje do wypasionego hotelu, pławią się w luksusach i nie wychylają nosa zza wysokich murów, by nie spotkać tubylca. A nóż będzie głodny, brudny, potrzebujący?

Natura, to nie ucieczka od świata i poczucie pustki. Chociaż pustelnia ukryta w jakiejś głuszy może nam się tak kojarzyć. Wybieram Naturę, bo mam takie pragnienie swoistej samotności. Potrzebuję miejsca i czasu, aby pobyć sama ze sobą. Odkryć kim jestem i dokąd zmierzam?

W mojej głowie kłębią się różne pomysły. Myśli gdzieś gonią, wychodzą naprzód, coś planują, analizują przeszłość. 

Ale kiedy już pochłonie mnie Natura, z łatwością włączam guzik „wyciszenie”. Zaczynam oddychać pełną piersią i z przyjemnością kontempluję świat.

Cudownie jest tak zauważać każdy szczegół otoczenia, usłyszeć śpiew ptaków, szelest liści, melodie cykad, poczuć rozgrzane słońcem powietrze i wszystkie te zapachy niesione z wiatrem.



Pamiętam, jakie niesamowite wrażenie zrobiła na mnie pierwsza podróż samolotem. Umysł podpowiadał mi różne nieprzyjemne myśli. Próbował podsuwać jakieś dane techniczne – wagę samolotu, materiał, z jakiego jest zbudowany. Wzrastał we mnie niepokój. Kiedy usłyszałam pełną moc silników i zobaczyłam, jak odrywamy się od ziemi poczułam emocje w brzuchu. Nie mogłam odczytać czy to strach, czy radość. Nieśmiało zerkałam przez okno. Zachwyt, jaki sprawiły mi widoki chmur i widok przebijającej się przez nie od czasu do czasu ziemi, był odwrotnie proporcjonalny do lęku, związanego z pomysłem, że coś złego może się stać.

Wiele radości czerpię z obrazów, które noszę w swojej pamięci. Są barwniejsze, bardziej wyraźne niż fotografie. Z łatwością potrafię przenieść się w miejsca, w których byłam. Powracają emocje, dźwięki, zapachy, nawet czuję ciepło słońca, czy bryzę od morza. Tak mam od zawsze. Kiedyś mi to przeszkadzało. Myślałam, że to jakaś nadwrażliwość. Dziś, gdy za kursy nabywania umiejętności uważności trzeba płacić krocie, czuję się wygrana.

Lubię swoją wrażliwość, chociaż wiąże się z ciągłym rozwiązywaniem dylematów. Przecież każdy zauważony szczegół jest, skromnie nazywając ten proces, rozpamiętywany i analizowany. Wrażliwość odnosi się zarówno do mnie, jak i do innych. Wrażliwość zwiększa szansę na cierpienie i doznawanie przykrych emocji, ale też i całej gamy pozytywnych.

Trudno wyobrazić mi sobie siebie jako osobę pozbawioną wrażliwości. Chociaż uważam, że taki „typ” bardziej pasuje do wymagań współczesnego życia. Jak małpki w japońskim przysłowiu, wyrażone za pomocą rzeźby lub obrazu. Przedstawiają Mizaru, która zasłaniając oczy, nie widzi zła. Kikazaru, która obejmując uszy, nie słyszy nic złego i Kwazaru, która zakrywając swoje usta, nie mówi nic złego. Jednym zdaniem - Nic złego nie widzę, nic złego nie słyszę, nie mówię o niczym złym.

Wrażliwy - niewrażliwy. A przecież świat jest bogatszy o inne rozwiązania. Weźmy taką najprostszą reakcję na stres. Bodziec wywołuje reakcję. Reakcja ma dwie fazy. Pierwsza faza to uruchomienie czujności – „O! Coś się dzieje!” Druga faza to rozpoznanie bodźca i sklasyfikowanie go jako przyjazny lub wrogi. „Zostaję – wszystko jest Ok.” „Walczę – mam zasoby”. „Biorę nogi za pas – nie mam szans”. Tak właśnie działa fantastyczny mechanizm, który przez miliony lat wspiera ewolucję Człowieka.

Każdy z nas ma taki mechanizm. Kiedy ten mechanizm uruchamia się w sytuacji realnego zagrożenia, np. przed podróżą samolotem, przeżywany lęk jest racjonalny. Problem zaczyna się, gdy taki lęk pojawia się „znikąd” – nie ma żadnego zagrożenia na zewnątrz. Jest za to nadmierny stres, przemęczenie, strach wywołany przeżytymi, konfliktami, kłopotami, itp. Wytchnienie można znaleźć w Naturze. 
Fotografie z podróży do Indii i Izraela


wtorek, 14 lipca 2015

Umiejętność to pewna biegłość w czymś - poziom pożądany.



Każdego dnia z kimś rozmawiamy. Znaczna część tych rozmów dotyczy spraw zawodowych. Rozmowy budują atmosferę w zespole. Warto mieć jakąś gamę tematów bezpiecznych. Chodzi o to, aby poruszony temat nie stanowił kłopotu dla rozmówców i nie wymagał od nich posiadania jakichś specjalnych umiejętności.

No właśnie, ale co to są te specjalne umiejętności? Czy jeśli razem pracujemy nad jakimś projektem, to powinniśmy mieć specjalne umiejętności, czy wystarczą zwykłe? I czym różnią się zwykłe od specjalnych? A przeciętne? Czy można funkcjonować tylko z przeciętnymi umiejętnościami?

Umiejętność to pewna biegłość w czymś, w jakimś zakresie. Każdy jakieś umiejętności ma. Grupa ludzi z różnymi umiejętnościami, połączona wspólnym celem zawodowym, może wiele zdziałać. Cel zespołu staje się nadrzędną wartością dla jego członków i motorem do wykonania powierzonej pracy. Powszechnie wiadomo, że potencjał dobrze współpracującego zespołu jest o wiele większy niż możliwości pojedynczych osób.Co więcej, u osoby pracującej w zespole następuje przyrost jakichś umiejętności.

Umiejętności decydują o tym, czy potrafisz zrozumieć i zinternalizować cel. Pozwalają np. stłumić wewnętrzną potrzebę do tego, by brać wszystkie obowiązki na siebie, jednocześnie dostrzegać i ufać, że inni też mogą podołać. Dalej, umiejętności pozwalają odróżnić rywalizację i swój osobisty interes przedkładany nad interes zespołu. Umiejętnością jest też dzielenie się zadaniami, wiedzą i doświadczeniem. To są zwykłe umiejętności, nie jakieś specjalne.

Wygląda na to, że jeśli na swej drodze zawodowej spotykamy osoby niekompetentne, niepoważne lub koncentrujące się tylko na sobie, ich zdolności są co najwyżej „przeciętne”?

Do umiejętności specjalnych należy komunikatywność, która umożliwia skuteczne porozumiewanie się i budowanie satysfakcjonujących relacji. Poziom zwykły tej umiejętności to porozumiewanie się, a poziom przeciętny? Oznacza osobę rozmowną i towarzyską, cokolwiek to znaczy.

Radzenie sobie ze stresem też jest umiejętnością specjalną. Osoba posiadająca taką umiejętność umie wsłuchiwać się w swoje emocje i dbać o wewnętrzną równowagę. Poziom zwykły oznacza umiejętność pracy pod presją, a poziom przeciętny? Oznacza osobę, która radzi sobie ze stresem, cokolwiek to znaczy.

Specjalna umiejętność to także dążenie do rezultatów, czyli znajdowanie sposobów na zidentyfikowanie i pokonanie napotkanych trudności i przeszkód. Poziom zwykły oznacza posiadanie przekonania o własnej skuteczności, a poziom przeciętny? Oznacza osobę, która nastawiona jest na osiąganie rezultatów, robienie wyników, cokolwiek to znaczy.

Kolejna specjalna umiejętność, to orientacja na działania, czyli podejmowanie nawet z pozoru nie dających się wykonać zadań, czasem pozaplanowych, gdy one prowadzą do osiągnięcia celu. Poziom zwykły oznacza orientowanie się na cel, a poziom przeciętny? Pewność siebie podczas realizacji zadać, cokolwiek to znaczy.

I jedna z ważniejszych umiejętności specjalnych – współpraca w zespole, czyli świadomość wspólnego celu, otwartość na pomysły i pomoc innym, korzystanie ze wskazówek i wsparcia innych, no i utożsamianie się z grupą. Poziom zwykły oznacza umiejętność pracy z innymi, mającymi taki sam cel, a poziom przeciętny? Nastawienie na współpracę z grupą, w której się pracuje, cokolwiek to znaczy.

Są jeszcze uniwersalne umiejętności. Umiejętności, bez których nie da się pracować w grupie. Takimi umiejętnościami jest przekazywanie i przyjmowanie „informacji zwrotnej”, czyli feedback. Człowiek musi wiedzieć, jak oceniana jest jego praca, czy swoje zadania wykonuje dobrze, czy coś wymaga poprawy. Od tego zależy komfort pracy, poczucie przynależności, spełnienia, czy zawodowe zaufanie.

Informacja i ocena na temat jakości realizowanych zadań i konsekwencjach zachowań może opierać się tylko i wyłącznie na konkretach, faktach. Dobrze jest podać obiektywne przykłady. Warto skupiać się na pozytywach i zacząć od samooceny. Mocne strony powinny być przedstawione w formie pomysłów na temat tego, jak można rozwinąć swoje umiejętności. Czego mi jeszcze brak? Jak to zamierzam osiągnąć?

Każda informacja ma funkcję wspierającą i motywującą. Zawiera konkretne informacje, czasem wskazówki. Gorzej, jeśli jest „kadzeniem”. Jeszcze gorzej, jak ktoś nie jest zainteresowany taką oceną, bo wie lepiej. W końcu siebie znamy najlepiej. Mimo, że opinia innych różni się od naszej, nie zawsze próbujemy się nad nią pochylić.

Gregory Bateson opisał szczególną, patologiczną technikę komunikowania się zwaną „podwójnym wiązaniem”, czyli „tak źle i tak niedobrze”. Stajemy przed dwoma sprzecznymi wyborami i niezależnie od tego, który wybierzemy, mamy problem. „Chcę, żebyś częściej okazywała mi swoją wdzięczność. Ale rób to tylko wtedy, kiedy Ty masz taką potrzebę.” Albo „Powinieneś być bardziej spontaniczny.”

I najbardziej wyrafinowana, np. osoba stosująca mobbing informująca ofiarę, że powinna była powiedzieć o tym innym wcześniej, bo teraz nikt jej już nie uwierzy.

Czasem tak postępują dorośli, którzy każą dziecku jednocześnie „odpowiadać, gdy się do niego mówi.” i wskazują, że „dzieci i ryby głosu nie mają.”

Typowy przykład z pracy zawodowej: Nie dostajesz wszystkich informacji dotyczących zadania. Jeśli zrobisz tak, jak Ci się wydaje, że powinno być zrobione, jest źle, szef skomentuje: "Trzeba było zapytać!". Jeśli jednak będziesz pytać, usłyszysz od szefa: "To nie wiesz, jak to zrobić?!".

No i co teraz, jakie umiejętności warto mieć, a jakie pokazać światu? - przeciętne, zwykłe, czy specjalne? A może uniwersalne? A to zależy, jaki i na kogo wpływ chcemy wywierać, albo prawdziwiej - jakie są nasze umiejętności manipulowania. 
Jeśli, jednak zdecydujesz się już na współpracę i na rzetelną ocenę swojego funkcjonowania i będziesz gotowa wysłuchać jak odbierane jest Twoje zachowanie przez innych - najpierw tylko słuchaj, nie usprawiedliwiaj się, nie obrażaj się, nie tłumacz się. Nie rozumiesz? - proś o powtórzenie. Nie zgadzasz się? - protestuj. Uzasadniaj swoje racje. Umiejętność, to pewna biegłość w czymś. Warto wznosić się z poziomu na poziom.

czwartek, 9 lipca 2015

Za wysokie progi na Twoje nogi





Za wysokie progi na Twoje nogi – czyżby? Są zjawiska, które nie są tymi, które udają lub naśladują.

Czasem mam wrażenie, że przenoszę się daleko w komunistyczną przeszłość. Dzieje się tak za sprawą charakterystycznych komunikatów – nie wychylaj się, nie próbuj tego robić, bo i tak Ci nie wyjdzie i w ogóle udowodnię Ci, że Twoje pomysły są kiepskimi pomysłami… nie ryzykuj.

Czasem, rzekłabym nawet – coraz częściej – zdarza się tak, że w jakiejś społeczności wyróżnia się uprzywilejowana grupa. To jej członkowie narzucają innym – „nieuprzywilejowanym” standardy i metody działania, postrzegania rzeczywistości i myślenia o problemach. Tworzą swoiste pseudo-prawa, które pozwalają utrzymać, czy wręcz zalegalizować utworzony pseudo-porządek.

Grupa ta posiada jakieś insygnia, atrybuty, gadżety władzy i specyficzny język. Jest on nie tyle elitarny, co wyrafinowany w taki sposób, żeby demaskować „prostactwo” przedstawicieli grupy podporządkowanej.

Atrybuty władzy i specyficzny język odróżnia uprzywilejowaną grupę, czyli elitę od „zwykłych” obywateli, którzy tak naprawdę nie zdają sobie sprawy, że są ofiarami swoistej przemocy. „Zwykli” uważają, że to, w czym uczestniczą, żyjąc w takiej społeczności, to naturalny porządek świata. Uważają, że osoby, które dysponują większym kapitałem symboli i gadżetów są po prostu lepsze od reszty świata. Taki specyficzny rodzaj "wyuczonej bezradności".

Czyż nie jest tak, że ktoś, kto jest aktualnie na świeczniku, wcale nie musi być lepszą osobą od przeciętnej pani Kowalskiej, czy pani Nowak?

Każdego dnia jesteśmy bombardowani informacjami, że coś nam się nie uda, nie mamy ku temu odpowiednich środków, wykształcenia, atrybutów, nie możemy awansować, nie możemy tam pracować, że inni – oni – są po prostu od nas lepsi, młodsi, ładniejsi. Nasze miejsce jest tu, a ich – onych – tam. Ależ, to zwykła przemoc, tyle tylko, że nie zostawia widocznych śladów na ciele.W duszy tak.

Pierre Bourdieu, francuski socjolog, antropolog i filozof, twórca teorii przemocy symbolicznej, w pracy „Reprodukcja” wyjaśnił, że przemoc pojawia się „gdy grupy dominujące wytwarzają takie systemy znaczeń, w których rzeczywisty układ sił, będący podstawą ich dominacji, jest szczelnie ukryty pod pozorem sprawiedliwego ładu i dzięki temu powszechnie odbierany jako prawomocny”.

Sztandarowym przykładem takiej przemocy jest dominacja mężczyzn nad kobietami w społeczeństwie patriarchalnym. W rodzinie dominującą pozycję zajmuje mężczyzna. Obie płcie myśląc o sobie nawzajem przypisują sobie pewne „naturalne” zdolności lub ich brak. Wiecie, chodzi o to, że kobiety mają być bardziej czułe, delikatne, opiekuńcze, ale również niezdolne do myślenia nazbyt abstrakcyjnego czy przywództwa. Odwrotność tych cech ma charakteryzować „z natury” mężczyznę.

Kobieta, odgrywając taką pseudo-naturalną rolę, sama się wyklucza z pewnych form aktywności, na przykład odstępuje stanowisko kierownicze mężczyźnie, jako przywódcy z urodzenia. Myśląc o swej pozycji i o relacjach z mężczyznami nie jest w stanie wyjść poza schemat myślenia, który czyni kobietę podporządkowaną.

Kobieta nie burzy się, gdyż uważa, że męska dominacja jest naturalna. Przyjmie z jego ust każde polecenie i rozkaz. Siła przemocy symbolicznej polega na tym, że choć osoba podporządkowana postrzega, że w relacji z innymi jest zdominowana, to jednak przyjmuje to za rzecz naturalną.

Działa zgodnie z mechanizmem psychologicznym, który sprawia, że osoba poniżona najczęściej odreagowuje poprzez autodeprecjację, a nie – zwrócenie się przeciwko poniżającemu.

Teoria stygmatyzacji też wyjaśnia to zjawisko - osoba trwale naznaczona jako dewiant, nawet fałszywie, z czasem wykształca w sobie cechy, które otoczenie jej przypisuje. Tłumaczy to nie tylko zachowania kobiet, ale też liczne przypadki rozsądnych, początkowo "dobrych" pracowników, którzy po długotrwałym wmawianiu im np. nerwicy stali się podręcznikowymi przykładami neurasteników, histeryków itd.


Reakcją na przemoc nie może być bierność ani „wewnętrzna emigracja”, lecz przeciwnie – aktywność i współdziałanie. Ratunkiem mogą być grupy ludzi dobrej woli. Ludzi kultywujących „nieużywane” cechy i wartości uniwersalne: szacunek, uczciwość, odpowiedzialność, (…). Ludzi nastawionych na propagowanie cnót, czyli trwałych dyspozycji do dokonywania dobrych wyborów.
Ponieważ przemoc symboliczna jest tym skuteczniejsza, im bardziej jest ukryta, priorytetem w walce z nią musi być jej ujawnianie i piętnowanie. I do tego potrzebni są ludzie, którzy wszelkim "pseudo" mówią dość.

czwartek, 2 lipca 2015

Z upływem lat stajemy się lepsi w tłumieniu uczuć, niż w ich wyrażaniu



Tabu istnieje w każdej kulturze. Tabu mogą być konstruktywne i destruktywne. Konstruktywne zakazują takich czynów jak kazirodztwo, przemoc, zabijanie, pedofilia, których popełnienie stanowi zagrożenie dla dalszego istnienia społeczności. Destruktywne mogą zdarzyć się np. w krajach ogarniętych wojną, gdzie „obcych” się zabija, bo nie uważa się, że też są ludźmi.

Tematy tabu dotyczyć mogą różnych sfer życia, czynności, miejsc, przedmiotów lub osób. Istnieje tabu występowania publicznie przeciwko własnej rodzinie, grupie, publicznego „prania brudów”. Ten rodzaj tabu, mimo, ze pociąga za sobą problemy społeczne jest dość powszechny.

Wszystko, co jest tabu jest zarazem zakazane i święte. Za złamanie tabu grozi spontaniczna i gwałtowna reakcja skierowana przez wszystkich, których tabu łączy wobec kogoś, kto tabu naruszył.

Tabu zabrania głośno mówić, pisać, a nawet myśleć i zauważać sprawy nim objęte.

Tematów tabu nie powinno się poruszać, gdyż źle to świadczy o osobie, która rozpoczęła rozmowę – "kala własne gniazdo". Łamanie tabu wiąże się z przykrymi emocjami – może być krępujące, wstydliwe i na pewno nie mile widziane przez środowisko. Człowiek, który przekroczył tabu jest odrzucony przez grupę, wyklęty, niegodny.

W każdej grupie i rodzinie dochodzi do złości. Czasem reakcje zdenerwowania wyrażane są jednak pośrednio, nie wprost. Członkowie grupy nie patrzą sobie prosto w oczy, nie słuchają wypowiedzi innych, ziewają, okazują swoje zniecierpliwienie, machając np. nogą założoną na drugą nogę. Niektórzy wzdychają i szukają sprzymierzeńców wśród tych członków grupy, którzy są dla nich „dobrymi”, w przeciwieństwie do tych, denerwujących ich. W niektórych grupach pojawiają się „kozły ofiarne”, które służą jako cel wszystkich ataków.

A co powiecie na takie hasło - protest: Dość dla traktowania złości jako tabu. 

- Denerwujesz się na mnie …

- Nie, nie denerwuję się, jestem zmęczony.

- Denerwujesz się na mnie …

- Nie, nie denerwuję się. Jestem bardzo zrównoważonym człowiekiem.

- Denerwujesz się na mnie …

- Nie denerwuje się. Ta sprawa zbyt mało mnie interesuje.

- Denerwujesz się na mnie …  (…)


Jeśli tak jest, że nie denerwujesz się się na mnie, to może powiesz mi, co myślisz w skrytości ducha sam o sobie? Jak pokazujesz bez słów, że jesteś zdenerwowany? Co przeszkadza Ci w tym, żeby otwarcie powiedzieć, że się denerwujesz? Kto zna Cię tak dobrze, żeby powiedzieć, że jesteś zdenerwowany? Czy należysz do ludzi, którzy wybuchają złością i zawsze winią za to innych? Czy czujesz złość? Czy poświęcasz swojej złości wystarczająco dużo uwagi? Jakie masz sposoby zapobiegania temu, żeby Twoja złość narastała? Co zmieniłoby się w Twoim życiu, gdybyś częściej informował innych o tym, co chcesz, a czego nie chcesz zaakceptować? Jakie podejście do złości obowiązuje w Twoim domu rodzinnym, związku partnerskim? Jakie podejście do złości obowiązuje w Twojej grupie?

Człowiek jest zdolny do odczuwania emocji, które, upraszczając, można podzielić na przyjemne i nieprzyjemne. Każda z tych emocji jest niezbędna dla zdrowia psychicznego. Jeśli jednak pozostają uśpione, może to oznaczać, że nasi rodzice nie dali nam akceptacji wyrażania siebie w pełni, wprowadzając np. przekaz: „złość lub smutek nie są w porządku”. Wówczas mogło się zdarzyć, że niechciane emocje zostały wyparte i paradoksalnie przejęły kontrolę nad nami, popychając do nieproduktywnych zachowań, np. kłamania czy wszczynania kłótni.

Koś Cię obraził, wybuchłaś, a złość skierowałaś w kierunku osoby, która cię zraniła? Błąd. Ona właśnie pomaga Ci w ujawnieniu Twojego ukrytego gniewu. To nie ona jest źródłem tego uczucia, źródło znajduje się w Tobie. Tam szukaj. Nie obwiniaj innych za to, co czujesz. Nie próbuj zmieniać innych ludzi. Oni odbijają to, co wyparliśmy. Przykre emocje są pożyteczne i dają energię do działania. Dzięki nim możemy odkrywać prawdę i demaskować kłamstwa, które serwujemy sobie albo innym.

Z upływem lat stajemy się lepsi w tłumieniu uczuć, niż w ich wyrażaniu. Myślimy, że kontrolujemy emocje, a to one kontrolują nas. Nie chcemy dopuścić do głosu trudnych emocji, bo obawiamy się, że zburzymy relacje, których de facto nie ma. Boimy się określenia – „niezrównoważona emocjonalnie”. A przecież kierowanie się emocjami jest czymś innym, niż brak kontroli nad sobą.

Powodzenie w tworzeniu satysfakcjonujących relacji z ludźmi zapewni nam umiejętność wyrażania siebie bez sprawiania przykrości (ranienia) i atakowania innych. Potrzebna jest również umiejętność akceptowania innych bez ranienia siebie.

Ponoć tabu zmienia się wraz z dojściem do głosu każdego nowego pokolenia. Może już jest ten czas, by temat wyrażania złości w rodzinie, w grupie przestał być tematem tabu? Złość, np. do przełożonego, możemy wyrazić słowami: „Czuję złość, kiedy zmieniasz ustaloną decyzję. Złoszczę się, gdy pozostawiasz mnie z wątpliwościami. Żeby sprawniej pracować, potrzebuję większej stabilizacji i informacji”. Warto mówić szczerze ludziom o tym, co czujemy w związku z ich zachowaniem. Nie oceniamy ludzi. Opieramy się na faktach, które się wydarzyły. Opisujemy zdarzenie tak, jak przebiegało. Tak buduje się atmosferę zaufania, gdzie bezpiecznie można przedstawić i omówić różne poglądy na tę samą sprawę.

Ważna jest świadomość. Dzięki niej możemy zdystansować się do trudnej emocji i wybrać korzystniejszą interpretację sytuacji lub zauważyć, jak sami się „nakręcamy”. To przecież, ja sama wybieram to, co w danej chwili mówię, myślę i jak się czuję. Ale trzeba poczuć. I trzeba umieć dokonać wyboru.

Jest taka buddyjska przypowieść. Starzec siedzi pod drzewem, cały czas się śmiejąc. Obok przechodzi smutny młodzieniec i pyta: - Dlaczego jesteś taki zadowolony? Starzec odpowiada - Bo kiedy byłem tak smutny jak ty, nagle zrozumiałem, że mam wybór. Od tamtej chwili każdego ranka zadaję sobie pytanie: Co dziś wybierasz? I tak jakoś dziwnie się składa, że wybieram radość.

Według buddyjskich mędrców istnieje odwrotna zależność - Im więcej świadomości chwili, tym mniej pretensji do świata. Jeśli wyrażanie złości jest w jakiejś rodzinie lub grupie tabu, to prowadzi do jej destrukcji.

wtorek, 30 czerwca 2015

Bez świadomości własnego stylu komunikacji jesteś jak nakręcona zabawka



Jakość Twojego życia zależy od jakości Twojej komunikacji (Zig Ziglar)

Ludzie to zwierzęta społeczne. Często szukają kontaktu z innymi. Nie zawsze się to udaje.

Sytuacja rozgrywa się w parku. Spacerujący człowiek zaczepia innego
– Czy Pana pies gryzie?
– Nie – odpowiada pytany. Człowiek podchodzi do psa, który nagle rzuca się na niego i wgryza w łydkę.
– Auuuć. Puść mnie! Mówił pan, że on nie gryzie! – wrzeszczy z bólu i strachu. Pytany odpowiada
– To nie jest mój pies…

Komunikacja w relacjach jest kwestią kluczową. Jej zakłócenia to jedna z najważniejszych przyczyn sporów, trudnych emocji i rozstań. Na komunikację można spojrzeć z wielu stron. O kilku już pisałam.

Są też różne style komunikowania się. Ludzie mają różne potrzeby i różne motywy. Jedni całą swoją energię poświęcają na to, by było przyjemnie. Inni zrobią wszystko by było bezpiecznie. Jedni z łatwością dostrzegają cel. Inni analizują każde działanie, które do celu prowadzi. Są tacy, którzy podejmują decyzje samodzielnie, inni wręcz przeciwnie – przy współudziale mniej lub bardziej znajomych osób. Motywacje do działania mogą wynikać z nadziei na sukces albo obawy przed porażką. No i trzeba pamiętać, że towarzyszą nam jakieś emocje, a emocje są zawsze prawdziwe. Emocje kształtują nasze myśli, a te nasze zachowania.

 Komunikować coś komuś to znaczy dzielić się z nim jakąś myślą, wiedzą, emocjami, spostrzeżeniem, informacją, prosić o coś, albo coś zlecać, wypowiadać opinię itp. Większość z naszych komunikatów jest zamierzona, niekiedy starannie dobrana, wiele jednak jest tam informacji niezamierzonych. Zdarzają się też komunikaty nieświadome, a czasem nawet sprzeczne z naszymi zamierzeniami. Na wiele komunikatów ich potencjalny odbiorca nie zwraca uwagi.

Kiedyś, dawno temu, gdy byliśmy dziećmi, nauczyliśmy się chodzić i mówić. Dziś, kiedy te umiejętności są nam znane, nawet nie zastanawiamy się, jak to się robi. Są wyjątkowe chwile – wyobraź sobie, że w wyniku wypadu twoje ciało zostało unieruchomione w gipsie na trzy miesiące. Właśnie zdejmują go z ciebie, zaraz zrobisz pierwszy krok. Czy nadal nie zastanawiasz się, jak się chodzi? No nie. Ta wyjątkowa sytuacja sprawia, że „uczysz się chodzić” tym razem świadomie.

A jak jest z komunikowaniem się? Zastanawiasz się, dlaczego nie zawsze mówisz to, co chcesz powiedzieć? A może to ten, do którego mówisz cię nie rozumie? Często dzieje się tak, że bariery, które utrudniają nam porozumiewanie się tworzymy sami. Czasem nie wiemy po prostu, co chcemy powiedzieć. Może warto również naukę komunikowania się rozpocząć od nowa?

czwartek, 25 czerwca 2015

Zanikająca umiejętność - współpraca



Ludzie, z którymi współpracujemy i atmosfera, jaka się przy tym wytwarza, mają znaczący wpływ na nasze zadowolenie i satysfakcję. 
 
Ciekawi mnie, czy jest wiele takich miejsc pracy, w których najczęściej wygłaszane komunikaty brzmią:

- Ja wiem lepiej.

- Ależ się czepia, przecież jest dobrze i tak będę robić „po swojemu”.

- Wcale mi nie zależy.

- Nie wiem jak to zrobić, to może się nie będę za to brać.

- Zgłoszę się do tego zadania, poproszę innych o uwagi, coś tam sklecę, a jak się nie spodoba to niech sobie szef poprawi, jak taki mądry.

Do tego dochodzą częste spóźnienia, czekanie w „blokach startowych” 10 minut przed końcem dnia pracy, ignorowanie uwag współpracowników i szefa, tysiące wymówek i usprawiedliwień typu „nie pamiętam”, „a bo zajęłam się inną sprawą”, „nie sądziłam, że to ważne”.

Jeśli są takie miejsca, to może oznaczać, że nadeszły czasy, w których gdzieś się zgubiła pokora, inicjatywa, zainteresowania, albo … rozprzestrzenia się wirusowe wypalenie zawodowe.

A może nie każdy na co dzień zajmuje się tym, czym powinien i do czego ma kompetencje? Może nie lubimy współpracować?

Przyczyną braku współpracy może być brak celu – robię coś, bo szef polecił. Dlaczego tak? Zawsze tak robiłem. Nie, nie zastanawiałem się, jak to ulepszyć i uatrakcyjnić.

A może jest tak, że ludziom trzeba wskazywać ostateczny efekt ich pojedynczych działań? Może trzeba mówić, po co zleca się zadanie i czemu ono służy? To wcale nie jest odbieranie podwładnym prawa do samodzielnego myślenia, tylko jasne określenie celu. Znając cel, pracownik może znaleźć inną drogę do jego realizacji. Inna, nie znaczy gorsza. Może nawet efektywniejsza.

Logika i to, jak daleko dotarliśmy w cywilizowanym rozwoju wskazują, że z natury jesteśmy skłonni do współpracy. Przecież nie liczy się kto, co i ile zrobił, tylko jaki wspólnie uzyskaliśmy zysk, cel itd.

Żeby lepiej wspólnie pracować, organizowane są szkolenia, imprezy integracyjne, coachingi grupowe, spotkania mentorskie i inne formy wspierające różnorodne umiejętności potrzebne do pracy zespołowej. A co z indywidualistami? Ludźmi o wyjątkowych talentach i niepowtarzalnych umiejętnościach? Historia ludzkości pokazuje, że geniusze zwykle pracowali samotnie.

Są ludzie, którzy po prostu lubią dobrze wykonywać zobowiązania, których się podjęli. Różnie też te zobowiązania rozumieją. Praca jako taka, czyli etat, to też rodzaj zobowiązania. Jeśli ktoś pracuje w zespole i lubi dobrze pracować ma pewien kłopot. Istnieje takie pojęcie „odpowiedzialność zbiorowa”. Jeśli to Ty, jesteś tą osobą, która lubi pracować, zapewne znasz takie uczucie, które pojawia się wraz z odkryciem, że właśnie mija termin realizacji zadania, a oprócz twojego wkładu, inni nie zrobili nic lub zrobili coś, co nie nadaje się do pokazania światu. Myślisz, że nie pozostaje Ci nic innego, jak na ostatnią chwilę, nierzadko kosztem snu, przygotować całą resztę, by „zespół” mógł świętować sukces?

Ci, co potrafią współpracować i ci, którzy uważają się za indywidualistów muszą posiadać zdolności interpersonalne, które pozwalają budować poprawne relacje międzyludzkie. Nauczenie się pracy w zespole jest możliwe dla każdego, kto tego chce. Najważniejsze jest, by umieć od czasu do czasu pójść na kompromis, z dystansem oceniać swoje własne pomysły i osiągnięcia. Nie da się stworzyć dobrego zespołu, jeśli tworzą go ludzie niezdolni do oderwania się od swojego punktu widzenia.

Są tacy, którzy wierzą, że najlepszą drogą do awansu jest wykazanie się kreatywnością i przedstawienie katalogu własnych zasług. Tymczasem ludzie nadmiernie podkreślający swoje osiągnięcia, zwłaszcza gdy oczekuje się od nich pracy zespołowej, nie są mile widziani ani przez współpracowników ani też przez przełożonych. Dlaczego niektórym tak trudno zrozumieć, że lepiej jest przedstawiać swoje pomysły jako wspólne i cieszyć się uznaniem grupy, niż niechęcią wobec własnej osoby? Do tego potrzebny jest pewien poziom zaufania, które często jest utożsamiane z naiwnością.

A może inni nie nadużyją wyników mojej pracy i z czasem doczekam się uznania, nawet jeśli nie będę o nie zabiegała? Inni członkowie zespołu też mają jakieś umiejętności. Dostrzegę je, jeśli zmienię własne przekonanie o swojej przewadze, przestanę lekceważąco traktować ich pomysły. Może tak uda się zlikwidować urazy, żale, konflikty?

Może trzeba tak przedstawić swój pomysł, by innym wydawało się, że to właśnie oni na niego wpadli i jest on rezultatem pracy zespołowej? Trzeba by nieco przyhamować swoje ambicje i zacząć podkreślać wkład pracy kolegów. A jeśli nie zadziała? Może trzeba zadbać o atmosferę? Jak stworzyć atmosferę do współpracy? Wyrazić zainteresowanie propozycją kolegi, dopytać o szczegóły. Zadziała? Nie zawsze.

Ktoś z negatywnym doświadczeniem, z podejrzliwością i lękiem może zareagować jeszcze większą chęcią wycofania się na pozycję „indywidualisty”. Indywidualista liczy, że nie zginie w tłumie współpracowników, że szef go dostrzeże, pochwali, wesprze, wzmocni, wyróżni. Tak się dzieje, bo nie zawsze mamy do czynienia z dojrzałymi i profesjonalnymi współpracownikami. Ludzie boją się niepowodzeń, oceny. Pracę można stracić. Unikają szczerych rozmów. Dlatego poszukiwanie pracy w dobrze funkcjonującym zespole to najlepsze zajęcie dla cierpliwych.

No i oczywiście, to, czy zespół dobrze pracuje, zależy w ogromnej mierze od przełozonego. Jeżeli reaguje on na każdy przejaw niewłaściwych relacji, czy nieprawidłowej realizacji zadań, następuje rozwój zespołu, a jednocześnie ludzi ów zespół tworzących. Jeżeli po kilku próbach nauczenia podwładnych, jak coś powinno być zrobione i kolejnych wpadkach tychże podwładnych, przełożony macha ręką i czeka na to, że „samo” się zmieni, może tylko liczyć na komentarz – „Nienormalny jakiś, ależ się czepia, przecież jest dobrze i tak będę robić „po swojemu”.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Pożegnanie z matką Polką



Dzień Matki – wiem, istnieje. Wzrusza mnie do łez, a zaczęło, gdy moje przedszkolne dzieci nuciły pod nosem - Kochana mamo, gdy będę duży to Ci przywiozę małpkę z podróży. Długim ogonkiem to zwinne zwierze będzie za ciebie zmywać talerze. Było jeszcze tak: - Rosną sobie kwiatki na łące – maki, chabry i goździki pachnące. Nazbieramy kwiatków kwiateczków – nasplatamy, nazwijamy wianeczków. Zaniesiemy mamie te dary – uściskamy, upieścimy bez miary.

Matka, postać niezwykle ważna, ale to za mało by mówić o rodzinie. W ciągu roku kalendarzowego, oprócz dnia matki, obchodzimy dzień ojca, babci, dziadka, teściowej i świekry, kobiety, mężczyzny, chłopaka, pewnie wkrótce ustanowimy dzień cioci, dzień wujka, itd. Rodzina w obecnych czasach znów nabiera znaczenia. Wszystkie te dni ustanowiono, by wyrazić szacunek i wdzięczność również za trud wychowania.

Role w rodzinie w XXI roku, kiedy na nowo definiuje się płeć (sex) i o rodzaj (gender), ulegają stopniowemu przekształceniu. Do niedawna utrwalany model ojca – głowy rodziny i matki – opiekunki domowego ogniska, aktualnie nabiera innego znaczenia. Dziś ojciec włącza się do obowiązków domowych i wychowania dzieci. Znam wiele rodzin, w których to ojciec korzysta z urlopu tacierzyńskiego, a matka realizuje się zawodowo.

Nie wiem, czy potrafiłabym w dzisiejszych czasach odnaleźć się w roli matki. W świecie, w którym trzeba być najlepszym, mieć lepsze auto, najnowsze gadżety, najmodniejsze ciuchy i dostarczyć dziecku najlepsze zabawki można łatwo zabłądzić. Dalej, szybciej, ciężej, więcej – każdy chce być, jak idole z Internetu, już nawet nie z TV. Życie toczy się w ciągłym napięciu, trwa ostra rywalizacja, istnieją niezaspokojone ambicje, a gdzie miejsce na przyjemność?

Moją przyjemność czerpałam z niewiedzy? Dawniej nie było podręczników o tym, jak być dobrą matką, a już na pewno nikt nie zajmował się rolą ojca w wychowaniu dzieci. Poza tym „matka” była tylko jedną z ról, w jakiej funkcjonowałam. Urodzenie dziecka było wydarzeniem. Koleżanki i rodzina przychodzili z wizytą. To była okazja na pogaduszki i ploteczki. Człowiek nie wypadał z życia społecznego i zawodowego. Wiadomo było, że nieodzowne jest zapisanie dziecka do żłobka, przedszkola, trzeba wybrać szkołę, a jednocześnie myśleć o zarobkowaniu, i rozwijaniu siebie. Tak robili wszyscy dookoła.

Matki nie rywalizowały ze sobą o lepsze wózki, wykwintniejsze vs. zdrowsze pokarmy, czy piękniejsze ubrania. Nie wiem, czy było lepiej – było wygodniej. Według popularnej teorii Winnicotta „wystarczająco dobra matka” zapewnia niemowlakowi kontakt fizyczny, bliskość i oddanie, a gdy dziecko osiąga zdolność samodzielnego poruszania się – wspiera je w sytuacjach stresujących, umożliwia mu korzystanie z własnych zasobów, uczy regulowania napięcia. W okresie dojrzewania matka powinna być w stanie utrzymywać granicę, gdy dziecko wystawia ją na różne próby. Według Winnicotta matki najlepiej robią to intuicyjne. 
Książki, poradniki, lekarze i cała rzesza facebookowych liderek częściej mogą przeszkodzić w naturalnym, wrażliwym matkowaniu, niż pomóc. Co się jednak takiego stało, że obecne matki wolą książki, poradniki, blogi i fanpage? Za wszystko odpowiada poziom stresu, wysoki poziom lęków i brak wsparcia rodziców.

„Wystarczająco dobra matka” pozwala dziecku rozwijać się w jego własnym tempie i choć nie jest matką idealną, sama również rozwija się i niejako „dojrzewa” razem ze swoim dzieckiem. Większość matek, bez specjalnych przygotowań i poradników jest wystarczająco dobra, jeśli tylko stara się wsłuchać w to, co przekazuje jej dziecko i co jej własna intuicja podpowiada. A jak jest z ojcami?

W słowniku synonimów języka polskiego dla wyrażenia „wystarczająco dobry” znajduje się siedem synonimów – dostateczny, dość dobry, korzystny, nie najgorszy, niezły, wystarczający, zadowalający. I taki jest współczesny ojciec.

Współczesny ojciec, jest dopełnieniem współczesnej matki. Znosi cierpliwie i z pełnym zrozumieniem czas dziewięciomiesięcznej ciąży. Uczestniczy w porodzie. Z niedowierzaniem kołysze swoje dziecko w ramionach. Ma czujny sen, by usłyszeć kwilenie niemowlaka, mimo, że pracuje zawodowo. Ma też wiele cierpliwości, by wesprzeć swoją partnerkę w nowej roli i wziąć na siebie część jej obowiązków. Wielu mężczyzn wykonuje prace domowe i aktywnie uczestniczy w życiu rodziny. Czas matek Polek, przyjmujących na siebie odpowiedzialność za wszystko, co związane z dzieckiem – co je, w co jest ubrane, kiedy na spacer, o której kąpiel, z kim się spotyka, kim będzie gdy dorośnie – bezpowrotnie mija. Ojciec wypełnia tę przestrzeń, która jest do zagospodarowania, albo na którą się umówi z matką. Wspólne wychowanie, wspólna władza rodzicielska. Wspólna zabawa, spacer, rozmowa, wizyta u lekarza. Wspólnota stołu. Współbrzmienie. Miłość.

A życzenia dla taty znalazłam w necie:

„Dziękuję, że znosiłeś to, czego nie sposób było znieść, że robiłeś coś z niczego, że dawałeś, mając puste kieszenie, że wybaczałeś, choć nie przepraszałam, że kochałeś, gdy kochać się nie dało, że mnie wychowałeś i że to wszystko Ci się udało”.